Podróże Spoxa po Ameryce Łacińskiej.

 Cuauhtēmallān – Gwatemala, w języku nahuatl oznacza “miejsce wielu drzew”, lub “miejsce lasu”. Równie dobrze jednak kraj ten mogłby się nazywać “miejscem“ kawy, trzciny cukrowej i rumu, a także aktywnych wulkanów.

DSCF0628

Najlepiej jest najpierw popatrzeć na nią z góry. Z wysoka jest ucieleśnieniem raju. Strzeliste góry, łagodne pagórki, błękitne jeziora. Głębokie, i bardzo długi wąwozy, kończące połać lądu przepaścią, rozpadliny. Wszystko jest jednak zielone. Wszystko porośnięte gęstym lasem. Drzew jest tyle, że prawie się nie zauważa mnogości pól uprawnych. A to przecież kraj rolniczy. Co któraś góra dymi. W Gwatemali jest 36 wulkanów, z czego aż cztery są w pełni aktywne. Dwa z nich – Pacaya i Fuego – widać nawet z Gwatemala City. Nieźle.

Im bardziej samolot się zniża, tym jest niestety gorzej. Oko dostrzega siedliska ludzkie, sklecone w pośpiechu z byle czego, głównie blachy falistej w różnych odcieniach rdzawej pomarańczy. Wypalony w korze mózgowej kod kulturowy, oznaczający „biedę ameryk”, środkowej i centralnej – blacha falista. Kawał szmaty zamiast drzwi, dziura w murze zatkana zaprawą, torbą z tworzywa i plastikowym kanistrem. Przychodzi refleksja, że bieda w krajach zimnych nigdy nie mogłaby przyjąć takiej formy. Natura sama wyeliminowałaby jednostki niezdolne do zapewnienia sobie odpowiednio termicznie izolowanego lokum. Tu może rozprzestrzeniać się bez ograniczeń klimatycznego doboru naturalnego. Konsekwencją tego jest to, że Guatemala City jest uważana za 12 najbardziej niebezpieczne miasto na świecie. W zeszłym roku zamordowano tu 2248 osób.

DSCF0366

Jednak nie przyjechałem tutaj, by mieszając się w nie swoje sprawy, z typowo humanitarnym, czy też psim zacięciem, a także wścibskim zaciekawieniem obywatela zachodu, zostać w jakiejś ciemnej uliczce zamordowanym. Przyjechałem odkrywać tajemnicę znajdującego się na liście światowego dziedzictwa UNESCO miasta Antigua. Już sama nazwa brzmi jak z awanturniczej powieści pełnej ukrytych w trzewiach dżungli, tajemniczych świątyń, rzek pełnych dusicielskich węży, i kamiennych ołtarzy, na których powierzchni stępiły się setki jadeitowych noży, używanych do wykrawania ofiarom serc!

DSCF0531

Zanim jednak poniosą mnie wodze fantazji, muszę wrócić na ziemię. Kilometr aseptycznego, lotniskowego korytarza, który powinien być cichy jak kościół, zaczyna penetrować muzyka. Jakby nieprzystające do poważnych międzynarodowych podróży, wypełnionych cichym klikaniem laptopów w biznesowych lożach i kupowaniem zbyt drogich apaszek w strefie bezcłowej. To lotniskowa orkiestra powitalna. Pięciu facetów z plakietkami obsługi zawieszonymi wokół szyi, grających na gigantycznej marimbie nostalgiczną melodię. Wszystko to w hali przylotów, tuż przed kontrolą paszportową i odbiorem bagażu. Celnik uśmiecha się i nie patrząc nawet w paszport wbija mojemu Panu pieczątkę. „Miłego pobytu Señor” mówi, uśmiechając się szeroko szczękami, w których co drugi ząb jest złoty.

DSCF0525

Przed lotniskiem tłum. Nie jest gorąco, ale po cienistej błogości klimatyzowanego terminalu, ostra słońce wbija się w siatkówkę jak nóż. Ciemne okulary są wbijane w palcem w chrząstkę nosa, jakby to miało jakoś dodatkowo pomóc. Szkoda że nie produkuje się okularów dla Psów, czuję jakby teraz się przydały. Harmider jest straszliwy. Przy wyjściu z terminalu, od tłumu oddziela stalowa bariera pilnowana przez uzbrojonych policjantów. Po przekroczeniu jej granic jest się samemu z tłumem. Samodzielnie mianowani bagażowi, od lat pięciu do stu pięciu, rzucają się gromadnie do walizek przyjezdnych, słusznie uprzedzonych do takich form pomocy. Odgania się ich niedbałymi gestami, które oni jednak ignorują, szarpiąc za dowolną rączkę walizki. Chcę pomóc. Coś zarobić. Tak samo dzieci, wciskające od wejścia kolorowe paciorki, plecione bransoletki i inne blaszane śmiecie. „Suwenir!” krzyczą szczerząc zęby.

DSCF0701

Powietrze nie ma zapachu. To nie Indie, które uderzają w nozdrza smrodem pomieszanych woni przypraw i fekaliów. Pachnie kurzem i asfaltem. Wynajęci przez naszych opiekunów na Gwatemalskiej ziemii agenci, o brodatych, acz poczciwych obliczach, wskazują drogę do czarnego Land Cruisera o szybach w kolorze lakieru. Oczywiście! Gdyby był biały można by mylnie pomyśleć, że jest się z misją w Afryce. 40 kilometrów dzieli od Antigui miejsca przyszłego noclegu.

DSCF0550

Podzielona na numerowane dzielnice, z których podobno 18ta jest najbardziej niebezpieczna, Guatemala City, z samochodu jest jeszcze brzydsza, niż się mogło początkowo wydawać. Prowizoryczna, prowadzona bez planu zabudowa. Tu pustak, tam blacha. Tu warsztat, tam supermarket i jeszcze wieżowiec, ot tak nagle, bo sieć hoteli, czy lokalna spółka wcisnęła go pomiędzy betonowy parking, a kawałek czyjegoś domostwa, który wyrosło nad parkingiem niczym nowotwór. Wszędzie szyldy, bannery i billboardy. Piętrowe billboardy, jeden nad drugim, aż do wysokości trzeciego piętra. W rynsztokach śmieci. Zupełnie jak na podwarszawskich przedmieściach. Ale są też różnice. Kolorowe autobusy, dekorowane na miliony sposobów, malowane w płomienie, polerowane na lustro, obwieszane lampkami. Kształtem przypominające te wożące amerykańskie dzieci do szkoły, tu stanowią podstawowy środek transportu. Przewożą w swoich trzewiach więcej pasażerów niż na to pozwalają przepisy i jeszcze drugie tyle bagażu na dachu. Gdy pokonując góry dojeżdża się wreszcie do kameralnej Antigui nie sposób uwierzyć, że tak różne miasta mieszczą się w jednym kraju.

DSCF0488

Jej nazwę tłumaczy się jako „stara”, czy „dawna” (pełna nazwa to „Antigua Guatemala”). Do 1776 roku stolica kraju, opuszczona przez państwową administrację po serii trzęsień ziemi. Uznana wtedy za niebezpieczną do mieszkania, jest dziś, paradoksalnie jednym z najbezpieczniejszych miejsc w kraju, choć gdy mój Pan o to pyta, dowiaduje się, że „ma rano nie biegać po tych pagórkach, o tam, bo go napadną, ale tylko tam”. Na każdym rogu policyjny pick-up, przed każdym biznesem uzbrojony strażnik. Nie ma żartów, ale przynajmniej będzie można pozwiedzać na piechotę.

Plan rzucenia bagaży i zaszycia się w mieście krzyżuje jednak hotel. Niezwykły nocleg i nie chodzi o pięć gwiazdek na tabliczce przy wejściu. „Casa Santo Domingo” to niesamowity twór. Hotel-muzeum, mieszczący się w starym, na wpół zburzonym, klasztorze dominikanów. Majstersztyk architektoniczny. Chyba nigdzie jeszcze nie udało się tak sprawnie wkomponować nowoczesnej funkcji hotelu w stare ruiny, tak zgrabnie przechodząc pomiędzy tym co nowe, a tym co stare. Korytarze wychodzące na zielone patia, z barokowymi fontannami. „Dżunglowate”, pełne kwiatów i ptactwa ogrody, kryjące restauracje na wolnym powietrzu. Basen umieszczony niedaleko kryjącej kości mnichów krypty. To nie bajka, choć trudno uwierzyć.

DSCF0528

Podobnie jest z całym miastem, w którym w bardzo naturalny sposób wspaniałe zabytki hiszpańskiego baroku, przeplatają się dyskretnie z nowoczesnymi przybytkami o funkcjach restauracji, hotelu, sklepu. Nigdzie nie ma nachalności reklam, szyldów, znanej z Guatemala City. Widocznie bycie na liście zabytków Unesco zobowiązuje, nawet tutaj. Dlaczego tylko nie u nas?

DSCF0587

Obiad, spacer, kolacja, sen. Zasypia się z całodziennym pokazem slajdów uchwyconym pod powiekami. Nieśpiesznej atmosfery, indiańskich twarzy (tu żyją potomkowie Majów), uśmiechniętych i jednocześnie godnych. Turkotu tuktuków i pickupów ze zdezelowanymi zawieszeniami, wiozących na pace dwunastu chłopa na „robotę”. Widzi się jaskrawe kolory domów, ogrody na dziedzińcach i dachach, dziewczyny sprzedające korale, z których jedna klepnęła zalotnie w tyłek. Urocze miasto tonące teraz w cieniu majaczących za oknem wulkanów. Łagodnej „Aguy” i dymiącego „Fuego”, na którego zboczach zbudowano pole golfowe.

DSCF0603

Rano budzi skrzek Papug Ara, które mieszkają na hotelowym dziedzińcu. Pogoda idealna. W końcu to kraina wiecznej wiosny. Piętnaście stopni w nocy, dwadzieścia pięć w dzień. Śniadanie dla ludzi – lokalne. Tortilla z ciężko strawną i mocno jadącą cebulą pastą z fasoli. Do tego słodkie, smażone plantany. Dla psa, jak zwykle, bezpieczna, sucha karma. Potem spacery, zwiedzanie klasztorów, starych kolonialnych szpitali i uniwersytetów. Magiczne miejsce, pełne przemiłych, ciepłych ludzi. I nie zbyt wielu turystów. Zdecydowanie można się zakochać, a przede wszystkim należy polecić.

 

DSCF0825

Jak wiadomo powszechnie „Podróże Kształcą” – dlatego właśnie staram się was do nich zachęcić przywołując moje różne podróżnicze przygody. Jednak poza czytaniem moich lirycznych impresji, pisanych z większym lub mniejszym reporterskim zacięciem zawsze pamiętajcie, żeby się do danej wyprawy przygotować. Sprawdzić, czy i jakie potrzebne wam są dokumenty, jakie szczepienia, a przede wszystkim ubezpieczyć się „w podróży”. Ubezpieczenia turystyczne mogą uratować wam zdrowie i życie w sytuacji, w której dom odległy jest o wiele tysięcy kilometrów.

 

Howgh!

Wasz. Spox

Share on Facebook0Tweet about this on Twitter0

Spox

Submit a comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *