W Alpach też nie ma śniegu…

 

Święta, święta i po Świętach… klasyczne polskie powiedzenie, jakże prawdziwe dzisiaj, kiedy to po raz pierwszy od tygodni zostałem w domu sam, a pan mój poszedł do pracy.

No to koniec z lenistwem i obżarstwem – do roboty.

U nas za oknem minusowe temperatury, na myśl o których aż się wzdrygam – normalnie zachęcam was przecież do spacerów, ale teraz może lepiej nie wychodźcie z domu – tymczasem jeszcze nie tak dawno, w święta, można było się poczuć jak na wiosnę z tymi nienormalnymi trzynastoma stopniami na plusie w nocy. Aż trudno uwierzyć, że to było tydzień temu.

W tym cudownym, ciepłym dla całej Europy czasie udaliśmy się z moim Panem w Alpy Austriackie do miejscowości Zell am See i Kaprun. Ja trochę na doczepkę, On by pozjeżdżać na desce snowboardowej i przetestować dwa modele Porsche Macan. Wersję S i Turbo S. Oto jak nam się ta misja udała. Historia poparta zdjęciami mojego Pana, które to właśnie mu z komputera „podwędzam”.

L1070220

W Alpach spędziliśmy w sumie 4 dni. Zatrzymaliśmy się w sercu Zell am See w rodzinnym, aczkolwiek dosyć dużym, czterogwiazdkowym hotelu Tirolerhoff –  posiadającym basen i niewielkie, ale fajne SPA, i jeszcze lepszym jedzeniu (a przynajmniej wnoszę to z tego co udało mi się spod stołu wyżebrać, SPA pooglądałem sobie też zza szyby). Restauracja hotelowa to rzeczywiście prawdziwa perła tej instytucji, o karcie dań w iście niehotelowym, wysokim standardzie smaku i sposobu podania. Pomimo, że często w opcji „obiadokolacyjnej” jedzenie w miejscowościach turystycznych woła o pomstę do nieba tak nie zdarza się w Tirolerhoffie nigdy. Podsumowując wyjątkowy hotel z tradycjami, podany w nowoczesnym opakowaniu – miks rustykalnego wystroju z drewna i kuchni molekularnej, w której wiele rzeczy przyjmuje postać pianki. Tak czy inaczej, najważniejsze dla mnie było to, że dostaliśmy pokój „dwójkę” – junior suite – i mogłem sobie bezkarnie spać na łóżku, choć normalnie Pan na to nie pozwala.

L1070657

Pogoda… nie rozpieszczała. Na dole głównie padał deszcz, na górze nie padało, ale w związku z tym śniegu było co kot napłakał. Pan skarżył się, że to już któryś z rzędu słaby sezon, kiedy jeździ się głównie po tym co przez noc wyprodukowały armatki. Na freestyle’owej desce snowboardowej nie jest to podobno zbytnio przyjemne, szczególnie w miejscach gdzie śnieg ustępuje całkowitemu zlodowaceniu. Narciarze na takie warunki podobno narzekają mniej. Ale i oni pewnie woleliby na ów lód nie upadać. Na stokach Zell am See – Schmittenhohe – w związku z tymi słabymi warunkami większość wyciągów była zamknięta. Czyżby wina zmian klimatycznych? Niezależnie od warunków jednak, Pan mój zawsze jeździ w kasku i zawsze przed wyjazdem się specjalnie ubezpiecza w Superpolisa.pl. 😉

L1070248

Pogodowo, czy też „śnieżnie”, trochę inaczej sprawa się miała w miejscowości Kaprun, na górującym nad nią lodowcu Kitzsteinhorn. Tam na wysokości ponad 2000 m n.p.m naturalny śnieg, co prawda z wolna, ale jednak zalepiał kamieniste trasy białą pierzyną połączonych płatków. Idealnie nie było, ale dzięki temu, że sezon narciarski się jeszcze na dobre nie zaczął przynajmniej było… pusto. Pan wyglądał na bardzo zadowolonego, że może się trochę rozjeździć jeszcze w grudniu bez uważania na tłumy innych narciarzy. Z tego co widziałem mimo miękkiej deski dosyć pewnie wchodził na krawędź. Okazało się też, że momenty mgły – czyli właściwie wtedy kiedy niskie chmury wypełniają doliny i wdrapują się po górskich zboczach – mogą być szalenie fotogeniczne nadając krajobrazowi niezwykłej tajemniczości. Dlatego właśnie kiedy się ten mój Pan wyjeździł, wiedziałem, że gdy przyjdzie nam testować samochody jest szansa, że powstaną interesujące zdjęcia. Zell am See jest zresztą dosyć malownicze samo w sobie. I zostało wybrane przez firmę Porsche nieprzypadkowo jako tło do tego rozszerzonego testu. Sama firma pochodzi właściwie z Austrii i to właśnie tu, w industrialnej dzielnicy Zell am See znajduje się słynne na cały świat studio Porsche Design – wydzielone przez Dr. Ferryego Porsche (syna Ferdynanda Porsche, projektanta modelu 911) z firmy matki, renomowane studio projektowe odpowiedzialne za wiele klasyków przemysłowego wzornictwa XX i XXI wieku (a także za gondolkę, która wwozi narciarzy na Schmittenhohe). Zresztą, jako że udało nam się je zwiedzić (choć nie wszędzie pozwolono nam fotografować), możecie sami zobaczyć czy rozpoznajecie któreś z zaprojektowanych przez nie przedmiotów.

Potem już została nam tylko jazda samochodami, które Porsche Polska przywiozła na miejsce lawetą, specjalnie dla zaproszonych przez region dziennikarzy. Dlatego, że sam jestem Psem a nie dziennikarzem, i w związku z tym nie posiadam prawa jazdy, oddam teraz głos notatkom mojego Pana, które mu rano wykradłem z teczki.

„Śmieszne jest to, że Porsche stosuje nomenklaturę Turbo tylko do jednej wersji silnikowej spośród swoich modeli, mimo że właściwie wszystkie silniki dostępne w modelu Macan są turbodoładowane. Także zwykła S’ka, nie mówiąc już o dieslu. Zresztą od 2016 będzie jeszcze bardziej skomplikowanie, dokonała się bowiem inna rewolucja i najnowszego 911 też nie będzie już można kupić z silnikiem wolnossącym. Więc czy nazwa ‚Turbo’ będzie też zarezerwowana tylko dla najmocniejszej wersji 911? Czy samochody marki będą tak samo fantastycznie jeździły i brzmiały jak dotychczas? Zobaczymy. Pewne jest to, że puryści  i fanatycy marki w końcu przełknęli przejście z silników chłodzonych powietrzem na chłodzenie wodą, więc i w konsekwencji przełkną i turbodoładowanie… szczególnie, że nowe, duże rynki zbytu, Chińskie czy Saudyjskie mają tradycje Europejskich firm w nosie – nie liczy się tam nie dziedzictwo i puryzm, tylko prestiż rozumiany wysoką ceną zakupu. A nie dałoby się spełnić wyśrubowanych, unijnych norm emisyjnych bez pełnego przejścia na ‚turbo’. Tak, czy inaczej testowany model Macan nie jest żadną nowością i znamy go już (ze Spoxem) dosyć dobrze. To typowe Porsche – fantastycznie drogie i w związku z tym fantastycznie wykonane, o niezwykłym wprost poziomie wykończenia wnętrza, jakości haptycznej materiałów, oraz ich pasowaniu. Skóry miękkie jak pupa niemowlaka, zimne w dotyku aluminium, fenomenalne plastiki – potrafiące tak denerwować w innych nawet bardzo drogich samochodach – tu albo obszyte skórą albo jakoś tak nieintruzywne, że w ogóle nie myśli się o nich w kategoriach tworzywa sztucznego. Kabina Macana, tak jak i zresztą Panamery, 911, Boxstera, czy Cayenne, jest więc wspaniałym miejscem do przebywania, z którego wprost nie chce się wychodzić. Przynajmniej gdy siedzi się za kierownicą, bo pasażerowie tylnego rzędu siedzeń – nawet bawieni nowością, czyli opcjonalnym systemem wbudowanych w siedzenia tabletów z różnymi multimedialnymi opcjami (komu Fruit Ninja?) mogą narzekać na ilość miejsca na głowę. No ale umówmy się, Macan ma wizerunek  typowo ‚kobiecego’ Porsche, czyli takiego które wozić będzie głównie jedną osobą, ewentualnie dwójkę niskich dzieci w fotelikach i trochę zakupów w bagażniku.

L1070393

‚Kobiece Porsche’ to jednak określenie krzywdzące. Choć do legendarnych właściwości jezdnych 911 mu daleko – w końcu waży prawie 2 tony a z prawami fizyki wygrać trudno – zbudowany na podzespołach Audi Q5 (do czego Porsche się nie do końca przyznaje) Macan jest wysoce kompetentnym wozem. W wersji turbo pierwszą setkę osiąga w 4,8 sekundy, co jeszcze paręnaście lat temu było czasem zarezerwowanym dla samochodów takich jak Ferrari. Maksymalnie pojedzie 266 km/h, czyli akurat tyle by zgonić z lewego pasa niemieckiej autostrady jadącego 250 km/h marudera w BMW, czy Mercedesie. Ponad to układ kierowniczy jest ultra precyzyjny, chodzi z przyjemnym oporem i nie jest wcale (pomimo elektrycznego wspomagania) pozbawiony czucia. To właściwie ten wysoce dopracowany komponent całego sterowania autem jest tą jego częścią, która obnaża jego główną wadę – czyli znaczną wagę. Otóż za kierownicą Macana na alpejskich serpentynach można poczuć się jakby prowadziło się auto mniejsze, np. 911’tkę. To niestety złudzenie, bo surfując na fali mocy (400 koni) i momentu obrotowego (550 Nm), rozpędzając się dużo za szybko jak na wąskie austriackie przełęcze, przy hamowaniu do następnego zakrętu możemy najeść się nie lada strachu. Ceramiczne tarcze hamulcowe wielkości dużej pizzy nie są w stanie poradzić sobie z deceleracją tak dużej masy (1995 kg). Dwa ostrzejsze przejazdy i hamulce zaczynają śmierdzieć. Trzy i dobywa się z nich dym. Cztery i ładujemy prosto w przepaść, która staje się naszym lodowo-kamiennym grobowcem.

L1070466

Podczas testu warunki były bardzo różne, od asfaltu suchego, po mokry i choć opony szerokie jak ławka w parku bardzo dobrze radzą sobie z lateralnymi siłami jakie oddziałują na nadwozie, szerokie gumy zaskakująco sprawnie odprowadzają wodę, a napęd jest tak skalibrowany, że przy odważniejszym szafowaniu gazem większość jego rozdziału biegnie na tył, co oznacza, że można przewalczyć początkową podsterowność ciężkiego ‚na twarz’ samochodu dając mu więcej gazu, a w efekcie nawet pojechać ‚bokiem’ to jednak nie czuję się w nim człowiek na tyle bezpiecznie by obchodzić się z nim po chuligańsku. I to jest właściwie jedyny do Macana zarzut. Bo Porsche powinno być do wszystkiego, powinno móc pojechać na 100% możliwości przez 100% czasu na najtrudniejszej drodze, a potem spokojnie wrócić do domu ze względnie nie zużytymi klockami hamulcowymi i oponami, z kierowcą, który po takowej przejażdżce nie potrzebuje zmienić spodni na czyste. W Macanie zaś bywa przerażająco. Zostaje więc do zadania pytanie z gatunku tych filozoficznych. Czy Macan to bardzo ładny i świetnie wyposażony i dobrze jeżdżący SUV, od którego nie należy jednak zbyt wiele wymagać bo samochodem sportowym nie jest – a przez to jest najgorszym spośród wszystkich Porsche, czy fatalny samochód sportowy – czyli… eee… najgorsze ze wszystkich Porsche, bo taka firma powinna ‚wiedzieć lepiej’ i na przykład wykonać go z lekkiego aluminium, zamiast oszczędzać bazując go na plebejskim Audi (tzw. Badge Engineering)? Chyba jednak to pierwsze… Ciekawe jednak, że takie pytanie nie nachodzi nigdy kierowcy jadącego Macanem z silnikiem wysokoprężnym, albo z mniej nastawionym na hardkorowe osiągi Macanem S (również jak wspominałem turbodoładowanym). Kto by pomyślał, że to kiedyś powiem, że najlepszy Macan to Diesel.

Tyle napisał mój Pan w swoim notatniku. A ja od siebie tylko dodam galerie zdjęć jaka wtedy powstała. Okazało się też, że Macan nie jest tylko takim bulwarowym pozerem jak nam się początkowo wydawało – udało mu się podjechać po całkiem stromą i śliską od błota łąkę. I ta terenowa jazda i zachód słońca jaki wtedy zobaczyliśmy podobał mi się z tego całego wyjazdu najbardziej.

Pozdrawiam – Spox.

Share on Facebook0Tweet about this on Twitter0

Spox

Submit a comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *