Życie jak w Madrycie

Dzisiaj będzie o podróżowaniu.

Czasami tak się dzieje, że człowiekowi (psu) sprzyja szczęście a prawo Murphy’ego nie obowiązuje i wszystko układa się jak po maśle, albo po psiej karmie zrobionej z mięsa kaczki, jak kto woli.

DSCF8064

Życie przynosi niespodzianki i w ramach jednej z nich Pan mój wygrał wycieczkę do Madrytu. Fajnie. W Madrycie nigdy wspólnie nie byliśmy. Nie wiem dlaczego. Byliśmy parę razy w Barcelonie, która dla turystów zza granicy chyba funkcjonuje jak taki nadmorski, hiszpański Kraków, byliśmy w San Sebastian, Granadzie, Salamance, Maladze, Valencii, w Andorze a nawet w Santander, ale w Madrycie – hiszpańskiej stolicy – nigdy.

Madryt cierpi jednak na przypadłość warszawską (ale nie londyńską, czy paryską), co w polskim przypadku znaczy, że turyści wybierają na zwiedzanie raczej Kraków, albo trójmiasto niż polską stolicę, choć tej hiszpańskiej niczego nie brakuje. Wbrew przeciwnie jest miejscami dosyć piękna i posiada niesamowite budynki i muzea. I chociaż w większości z nich nie wolno fotografować posiłkując się kradzionymi z internetu reprodukcjami postaram się wam opowiedzieć o kilku powodach, dla których Madryt zwiedzić warto. To co? Jedziemy?

Po pierwsze tak jak w Polsce, są tu niesamowite przedwojenne drapacze chmur, które stoją puste po tym jak odebrano je drapieżnemu inwestorowi, które wyburzał ich środek nie mając stosownych pozwoleń – morał z tego jest taki, że trawa jest zawsze bardziej zielona z drugiej strony płotu. Chociaż może jest, bo takiego placu miejskiego jak Plaza d’Espana (z przodu pomnik Cervantesa i jego słynnych bohaterów Don Kichota i Sancho Pansy) nie uświadczysz w kraju Lecha.

DSCF8005

Po drugie w Madrycie jest bardzo wielkomiejsko, ale nie ma się wrażenia turystycznego skansenu. To miasto żyje. Jest centrum zarządzania Hiszpanią. Ludzie nie przechadzają się tu bez ładu i składu czekając na 4-godzinną sjestę w środku dnia (!). Pędzą przed siebie załatwiać kolejne interesy. Madryckie metro o 12 liniach (ach, kiedy doczekamy się końca drugiej linii w Warszawie, albo metra w Krakowie, czy Wrocławiu) jest w godzinach szczytu pełne ludzi. Biznesowe dzielnice buzują „garniturami”. Mimo, że w Hiszpanii najbogatsza jest Katalonia, to czuć, że Madryt „means business”.

Zresztą… w żadnym polskim mieście nie zobaczymy tak wspaniałych siedmiopiętrowych XIX i XX wiecznych kamienic. Już w „Lalce” Bolesław Prus opisywał zachwyty Wokulskiego nad pięciopiętrowymi, paryskimi kamienicami czasów hrabiego Hausmanna i lichość naszych, polskich 3-4 piętrowych. Ale jak można łatwo zauważyć Hiszpania, tak jak i Francja w niektórych momentach swojej historii władała połową świata a my… w okresie najintensywniejszego rozwoju kolonialno-gospodarczego reszty Europy… cóż nie było nas nawet na mapie. Minus jest za to taki, że jeśli ktoś tak jak ja jest psem… musi cały czas zadzierać głowę.

Po trzecie i tyczy się to nie tylko Madrytu a wszystkich podróży „za granicę” (może tak raczej powinien być zatytułowany niniejszy wpis), człowiek w Madrycie odpoczywa. Jedzenie jest pyszne, architektura (nawet zbudowanych w latach 70. w stylu „brutalizmu” betonowych dzielnic) spójna, a parki (takie jak znajdujący się niedaleko pałacu Królewskiego park zwany Casa de Campo, będący byłymi, królewskimi terenami łowieckimi) ogromne i dające wytchnienie, albo małe, piękne, wzorowane na ogrodach francuskich (np. Parco del Retiro) z całą masą fenomenalnych monumentów i pawilonów. My akurat zwiedzaliśmy je w deszczu, ale co tam.

Po czwarte zabytkowy targ jedzeniowy niedaleko Plaza Major, na którym można zjeść przepyszne owoce morza. Kanapki z krabem, ośmiornice po galicyjsku, jeżowce, a także pyszne lokalne i mniej lokalne desery. Zjeść na miejscu, albo na wynos. I jeszcze do tego popić pysznym hiszpańskim winem. Tak przynajmniej twierdzi mój Pan w rozmowach z ludźmi bo ja niestety musiałem zostać na zewnątrz.

Po piąte zabytki. Ulice, place, kamienice, dworce kolejowe nie z tej ziemi.

Po szóste – Muzea. Centrum Sztuki Królowej Zofii, gdzie znajduje się wielka kolekcja obrazów Picassa (m.in. Guernica), Muzeum Thyssen-Bornemisza, oraz oczywiście niesamowite Prado. Na każde z tych muzeów potrzebne są co najmniej dwa dni zwiedzania. W Prado spędziliśmy 7 godzin i przysięgam, że po takim czasie nie przyswajałem już żadnych informacji i oślepłem na jedno oko (na chwilę). Jednak zgromadzone tam ARCYDZIEŁA Goyi (jego czarne obrazy, przejmujące), Velazqueza (Las Meninas, czyli słynna Infantka Małgorzata), El Greco, Rubensa, Tycjana, Durera, Fra Angelico, czy w końcu niesamowity tryptyk Hieronima Boscha – Ogród Rozkoszy Ziemskich, z rajem i piekłem po bokach – obraz tak surrealistyczny, a jednak wyprzedzający o 400 lat dzieła kolejnego sławnego Hiszpana – Salvadora Dali. Żeby wymienić wszystko to co w Prado warto zobaczyć trzeba by założyć oddzielnego bloga poświęconego historii sztuki.

Co jeszcze? Chyba tylko to, że żałuję, że byliśmy tam tak krótko. Jeden weekend to za mało żeby poznać miasto. Tydzień brzmi już lepiej.  Z pewnością Madryt oprócz oficjalnych atrakcji ma do zaoferowania więcej insiderskich miejscówek, które mogą okazać się bardziej atrakcyjne niż to, co zobaczyć można na oficjalnej mapie miasta.

Refleksja jaka nasuwa mi się na koniec tego wpisu to, że podróżowanie, poszerzanie horyzontów poprzez poznawanie, doświadczanie innych kultur, mentalności i wrażliwości jest jedyną rzeczą na jaką warto wydawać pieniądze. A jak podróżować to oczywiście ubezpieczywszy się.

Tyle. Wasz. Spox.

(na koniec jeszcze zdjęcie niesamowitego Pałacu Królewskiego w Madrycie, który również wart jest zwiedzenia)

DSCF8051 DSCF8061 DSCF8059 DSCF8056 DSCF8055 DSCF8053

Processed with VSCOcam with f1 preset

Processed with VSCOcam with c2 preset

Processed with VSCOcam with f1 preset

Share on Facebook0Tweet about this on Twitter0

Spox

Submit a comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *